Miłosne arabeski. Marcel Proust: „W cieniu zakwitających dziewcząt” („W poszukiwaniu straconego czasu” – t.2)

W-poszukiwaniu-straconego-czasu-Tom-2-W-cieniu-zakwitajacych-dziewczat_Marcel-Proust,images_big,6,978-83-7927-022-4_MP3W tej powieści – jak w  czułym sejsmografie duszy –  każda myśl, każde drgnienie wyobraźni, najsubtelniejsze wrażenia, są rozkładane na czynniki pierwsze, przyłapywane w momencie ich poczęcia, w ledwo przeczuwanym kształcie. Wehikuł czasu zabiera nas w podróż wewnętrzną bohatera do źródeł samego siebie. Kontekstem egzystencjalnym jego rodzącej się świadomości staje się we wczesnej młodości nieszczęśliwa miłość do Gilberty. Córka Swannów, złożona z dwóch nieprzystających do siebie natur, symbolizujących ojca i matkę, „mieniących się, spływających, wypierających się wzajemnie w tym ciele Meluzyny” – mogła być kolejno tylko jedną naturą lub drugą. Przepaść między nimi była lustrzanym odbiciem amorfii w małżeństwie Swanna. Gilberta odziedziczyła wewnętrzną sprzeczność pomiędzy rodzicami i stała się osobą rozdartą, niepewną i nieobliczalną nawet sama dla siebie. Marcel jest zapraszany do domu Swannów, gdyż oboje czują, że ma on dobry wpływ na ich nieprzewidywalną córkę, a on płonie gorączką, przedmioty w  salonie emanują dla niego osobliwym czarem, bo przejęły w siebie coś z nich, Swannów, poddanych mitologicznej obróbce wyobraźni, „fotel rozkoszny, wrogi i zgorszony” posiada duszę i współgra z teatralną scenerią domu i pragnieniami miłości. Wizyty zbliżają go do Gilberty i oddalają, jest nieuchwytna i niestała jak samo szczęście, ciągłe wewnętrzne drżenie prowadzi go do choroby duszy i ciała, powtarzają się ataki nadziei i rozpaczy, pisze wściekłe listy do niej, w których „nigdy już” znaczy „dziś wieczór, jeśli zechcesz”, udręka i dżdżyste słowa „bez okienek błękitu” pomiędzy nimi. Za jakiś czas trochę ulgi i spokoju, by znowu powróciły cierpienia, obłąkana huśtawka emocjonalna, wieczny lęk trawiący każdą chwilę, a w końcu uzależnienie od narkotycznych emocji.   W antraktach miłosnego spektaklu poznaje ukochanego pisarza – Bergotte`a, konstatując, że boska mądrość jego książek nie ma nic wspólnego z tym ludzkim indywiduum, gdyż dzieło przerosło autora. Idzie za tym przenikliwa refleksja o tym, że ludzie zdolni stworzyć genialne dzieła to ci, którzy zdołali uczynić swoją osobowość podobną zwierciadłu. „Geniusz polega na sile odbijającej, nie na swoistej wartości odbitego przedmiotu”. Jest to ważna uwaga dla samego bohatera jako przyszłego pisarza, osobliwego medium pomiędzy sobą a światem. Marcel odbija zatem swoją udrękę miłosną we własnej świadomości, by po latach do niej powrócić i zrobić twórczy bilans tego etapu życia. Oszalały taniec wewnętrznej busoli trwa tak długo, aż Marcel postanawia popracować nad samobójstwem tego siebie, który kochał Gilbertę i więcej jej nie widywać. Kuracja psychicznego oderwania się i całkowitej izolacji od obiektu własnych cierpień osiągnęła zbawienny skutek. „Siły, jakimi rozporządzałem, aby się przeciwstawić swojemu cierpieniu, tak wątłe zrazu, osiągnęły nieobliczalna potęgę”. Trwałość i ciągłość nie są dane niczemu, nawet bólowi, a ci, co cierpią z miłości, są własnymi lekarzami. Marcel starał się zatem hodować w sobie i podsycać takie myśli, które w obliczu więdnących uczuć wydzierają coraz to większą część duszy z uścisku wspomnień o ukochanej. Przywierał myślami do nowych zjawisk, których nie poznał z Gilbertą, koncentrował się na najmniejszych epizodach, szczegółach życia, pielęgnował radości i sycił się wzrastającą z każdym dniem nieprawdopodobną ulgą. „Bo choćby lubiło się truciznę, która nam szkodzi, kiedy jakaś okoliczność pozbawiła nas jej od jakiegoś czasu, niepodobna nie cenić odpoczynku, braku wzruszeń i cierpień”. Po latach wspomina, że dawno minione męki z powodu Gilberty przeżyła w świadomości przyjemność, z jaką podziwiał czarodziejskie toalety pani Swann, z jakimś obszyciem przypominającym płaskorzeźby w katedrze gotyckiej. „Bo życie jest o wiele dłuższe dla wspomnień poetyckich wrażeń niż dla wspomnień ran serca”. Jednak jeszcze wielokrotnie zmartwychwstawało jego ja związane z Gilbertą, gdy uaktywniały się ostatnie rezerwy przeszłości. Najlepiej bowiem przypomina nam jakąś istotę to, cośmy zapomnieli, całkiem błahe skojarzenia ukryte w dżdżystym podmuchu wiatru, zapachu pokoju, nieważnym powiedzonku, pochodzących z pamięci podświadomej, tej poza nami. Cierpienie więc czasami jeszcze wracało, ale nie było już dłuższe od snu.

Magiczna podróż;

imagesMarcel pojechał ze swoją ukochaną babką do Balbec, na rekonwalescencję po udrękach serca. Metafizyczna jazda pociągiem daje mu czarodziejskie  przeżycie, gdy wczesny poranek ma w sobie jeszcze dwie sprzeczne fazy: nocną, z błękitnymi od księżyca dachami domów i poranną, z rozjaśnionym pasem zaróżowionego nieba, można było w ten sposób przyłapać świat w trakcie unicestwiania i tworzenia, przenikania obu form, w trakcie olśniewającej metamorfozy. Ta ruchomość i plastyczność świata pojawiać się będzie na każdym kroku w doznaniach bohatera, gdyż rzeczywistość opowiadana posiada jego cechy umysłowe, staje się w pełni subiektywną wizją, odzwierciedleniem świadomości doznającego podmiotu. Podobnie w hotelowym pokoju, z którego okna widać morze, Marcel konstatuje, że obraz morza zmienia się w zależności od pory dnia i oświetlenia, przedstawiając sobą impresjonistyczne wizje świata, poddane prawu ruchu, pulsowania, zmienności wrażeń. Wraca żądza życia, smutek odchodzi powoli w przeszłość, wszechświat bowiem jest znowu nadzwyczaj interesujący. Często podąża powozem z babką i jej znajomą cudownymi drogami, które pozostały odtąd w jego pamięci jak haczyk chwytający potem wszystkie podobne drogi, które stykały się już zawsze z jego sercem.  W ten sposób przeszłość i teraźniejszość stawały się jednością, zdarzały się równocześnie, jak głosi nowoczesna fizyka, uznająca czas za projekcję umysłu, a nie wartość fizykalną. Na jednej z tych czarujących dróg życia Marcel ujrzał grupę dziewcząt zakwitających, „osobliwą i ruchliwą plamę”, w której nie dostrzegał granic, była to tylko „płynna, zbiorowa i ruchoma piękność” jak na obrazie malarza. Dziewczęta kipiały młodością, ogarnąć tę kobiecą przestrzeń, tę barbarzyńską witalność, kim jest ta, co tak niedbale kołysze biodrami, ruda, o złocistej cerze, oglądać te twarze z różnych perspektyw, w zwielokrotnieniu, piękne, nasycone nieznanym. Pomnożyć samego siebie, wejść do tego świata, gdzie panuje zdrowie, nieświadomość i okrutna radość, pociąga go to ze względu na jego wybujały intelektualizm, nadwrażliwość i neurastenię. Kochając się w kimś, zawsze nasycamy go stanem własnej duszy, dlatego bohater stwarza własną wyobraźnią obrazy miłości z jedną z tych dziewcząt – Albertyną, która wkrótce staje się Albertyną urojoną, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistą, co stanie się bolesnym doświadczeniem w chwili poznania. Ale rzeczy rzadko są prawdziwe, gdyż połączone z prawami ludzkiej percepcji, przedstawiają sobą rys deformacji i cechy postrzegającego umysłu. Można to porównać do malarstwa, bohater bowiem poznaje malarza Elistira, który maluje doskonałe pejzaże nadmorskie. W jego obrazach nie ma granicy między ziemią i morzem, ponad dachy wyrastają maszty okrętów, jakby były one na lądzie, za to kościoły zdają się wychodzić z morza, tworząc wrażenie mistyczne. Ziemnowodni ludzie łączą się z wybuchającą wszędzie siłą morskiego żywiołu. Taka sztuka ilustruje zasady działania ludzkiego umysłu, prawa optyki, uwzględniające grę światła, subiektywne doznania patrzącego. Wszystko zatem jest tą zasadą połączone, obserwator, jak mówi fizyka kwantowa wpływa na stan świata, tworzy świat zgodny z właściwościami swojego umysłu. Dlatego Marcel najpierw musi stworzyć Albertynę w wyobraźni, aby później korygować ten obraz, jednak zawsze aktywnie wpływając na rezultat. Nie ma obiektywnego świata, tworzymy go własnymi aktami umysłowymi w każdej chwili. Powieść Prousta jest genialnym zapisem całkowicie subiektywnej wizji życia i świata tworzonego w głębi jaźni, a nie w zewnętrznej przestrzeni.
Gdy Marcel poznaje Albertynę, odnajduje z przykrością jej nieprzyjemny ton głosu, język pełen kolokwializmów i nonszalancki styl bycia. Ale była jego przeciwieństwem, obcym gatunkiem, zatem upragnioną tajemnicą, którą chciał zgłębiać. Rozmawiał z nią, nie wiedząc, gdzie padają jego słowa i co się z nimi dzieje, bo „na ogół osoba, do której zwracamy się, wypełnia je sensem dobytym z własnej jej istoty”, zatem rozmowa przypominała wrzucanie kamyków w otchłań bez dna. Próbował ją odgadywać, wnikać w wyraz jej fizjonomii, mowę jej ciała, ale czuł się „jak uczeń wobec trudności greckiego tekstu”. Miłość dąży do całkowitego wchłonięcia drugiej osoby, potrzebujemy dotykać jej myśli, serca, odzywa się w nas pierwotne pragnienie bliskości, bo jest to potrzeba archetypowa, preegzystencjalna, zatem Marcel próbuje zdobyć uczucia Albertyny wszystkimi sposobami. Ale – odrzucony w intymnej chwili – skłania swoje uczucia ku Annie, przyjaciółce Albertyny, niestety zbyt podobnej do niego, aby mógł się zakochać. Miłość potrzebuje bowiem koniecznego przeciwieństwa, aby mogło ono dopełnić niepełną osobowość brakującymi pierwiastkami. Tylko w Albertynie odnajdywał on bowiem różne istoty i sam przez to stawał się coraz to innym człowiekiem wobec każdej z pojawiających się przed nim Albertyn. Czuł przy niej swoją wielokrotność, każde jego ja miało odmienne imię, było zazdrosne, obojętne, zmysłowe, melancholijne, wściekłe, w zależności od substancji psychicznej, którą aktywowała ukochana. To doświadczenie miało wartość fundamentalną dla jego przyszłego życia. Miłość wzywała go do aktu tworzenia własnej osobowości, do aktywności w budowaniu siebie. Całkiem inaczej niż w przyjaźni, która go raczej odsuwała od siebie. Był bowiem naturą refleksyjną, artystyczną, a więc miał upodobanie do samotności. W koncentracji na kontaktach z przyjacielem był niezdolny do ziszczenie samego siebie, ponieważ był jak „drzewo czerpiące z własnego soku następny węzeł swej łodygi”. „Bo ci z nas, których prawo rozwoju jest czysto wewnętrzne, nie mogą nie odczuwać wrażenia nieodzownej nudy w towarzystwie przyjaciela, wrażenia, że się zostaje na powierzchni samego siebie, zamiast wieść swoją odkrywczą podróż w głąb”.

2289936_czerownetangorenatabrzozowska
Wszystkie przeżycia w Balbec zatrzymały się na zawsze w pamięci bohatera i stały się rodzajem matrycy na dalsze życie. W magicznej podróży przez życie był to kolejny przystanek, ląd, na którym spełniała się miłość, jej rozliczne arabeski, gorączkowe, rozedrgane, płynne i nieuchwytne, te, które wejdą później w głąb osobowości i będą budować na jej fundamencie osobliwe wzory życia, rozszerzające się koncentrycznie wokół tych fundamentalnych doświadczeń. Umarłe od dawna, letnie dni w Balbec, pamięć ostrożnie odwijała z wszystkich płócien jak mumię, „zanim ją ukaże zabalsamowaną w jej złotej szacie”.

Udostępnij na:
Wpis dodany w dziale: Literatura piękna. Tagi: , , , . Link bezpośredni: KLIK.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *