Alchemia i miłość. Tomasz Mann: „Czarodziejska góra”

c11be9cc9cSanatorium Berghof dla chorych na płuca mieści się na czarodziejskiej górze, osi świata, łączącej niebo i ziemię, wysokie i niskie, poziome i wertykalne. Kondensując  na wspólnej przestrzeni chorobliwe miazmaty  ludzi – cieni, wytwarza osobliwą, metafizyczną aurę przemiany, wydobywając na powierzchnię ukryte w głębi ciała i duszy wewnętrzne treści, potęgując utajoną chorobę i intensyfikując ciemne życie podświadomości. Czas płynie tu inaczej niż na dole, inne są też jego miary, pory roku – kapryśne i swawolne są objawami gorączkowej aberracji natury, ludzie zaś trawieni płomieniem podwyższonej temperatury, w rozedrganiu wewnętrznym, znajdują się w samym środku przyspieszonej przemiany materii i ducha.
Przybywa tu główny bohater – Hans Castorp i to jego wewnętrzna przemiana jest tematem powieści. Młody człowiek o przeciętnej mieszczańskiej osobowości, ani specjalnie zdolny, ani genialny, wychowywany przez wuja, z uwagi na przedwczesną śmierć rodziców, zostaje wysłany w góry dla odpoczynku na 3 tygodnie. W sanatorium przebywa jego chory kuzyn – Joachim, zatem można pogodzić pobyt z odwiedzinami, a potem wrócić na dół z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Tu jednak bohater zderza się ze skrajnie odmiennymi warunkami życia, całkowicie mu nieznanymi sytuacjami i postawami wobec losu, zatem pobyt na górze jest dla niego doświadczeniem inności i obcości egzystencjalnej, co owocuje jego gwałtownym rozwojem wewnętrznym, uwalniając ukryte w czeluści pierwiastki psychiczne, dotąd uwięzione i nieznane. Bardzo szybko również zaczynają mu płonąć policzki, które pokrywają się ceglastymi wypiekami, serce często bije za szybko i bohater ma wrażenie utraty przytomności. Czarodziejska góra intensyfikuje objawy chorobowe, powodując swoisty wybuch choroby, bo okazuje się, że Hans Castorp jest również chory na płuca. Od czasu diagnozy lekarskiej wie, że musi tu zostać znacznie dłużej niż 3 tygodnie. Pobyt na górze zamienia się w życie na górze. Spotyka tu swojego mentora, gdyż ze względu na swoje nieuformowanie staje się podatny na wpływy zewnętrzne, zwłaszcza gdy jego przewodnikiem po świecie ducha staje się charyzmatyczny i błyskotliwy humanista Settembrini, który wprowadza tę naiwną i nieskażoną żadną głębszą myślą duszę w tajniki filozoficznych dociekań nad istotą życia. Bohater chłonie wszystko, czego się dowiaduje, uczy się inteligentnej konwersacji, chwyta w lot zawiłość myśli, zachwyca się swadą i elokwencją swojego mistrza, zwłaszcza że Settembrini należy do przeciwnego bieguna duchowego niż Castorp. Konserwatyzm Hansa, przejęty po ukochanym nieżyjącym dziadku, zderza  się twórczo ze zwolennikiem postępu, rozwoju i racjonalizmu, jakim jest jego mentor. Z tej dialektycznej przygody ducha Hans czerpie ogromne korzyści intelektualne, a jego nauczyciel spełnia swoje pragnienia pedagogiczne, zatem to spotkanie przeciwieństw owocuje twórczą wymianą i zawiera w sobie nasiona rozwoju. Dzięki systematycznym spotkaniom z Settembrinim Castorp rozwija w swoim umyśle filozoficzną teorię dotyczącą natury czasu. W świadomości człowieka czas – podczas monotonnych chwil – z pewnością się dłuży, ale dotyczy to tylko krótkich odcinków czasu. Długie okresy czasu, gdy nic się nie dzieje i panuje pustka w życiu, skracają się, a nawet ulatniają do zupełnej nicości. Odwrotnie dzieje się z czasem nasyconym zdarzeniami i sensem. Na początku płynie bardzo szybko, ale w dłuższej perspektywie –  wolno. Człowiek zajęty i pochłonięty pasjonującymi czynnościami ma dłuższe życie, gdyż sens przedłuża doświadczenie, daje możliwość rozgałęzienia się w życiu. Człowiek taki żyje w bezczasie, a jego życie nie przecieka między palcami. Można zatem rozciągać lub skracać swój czas życia, w zależności od postawy wobec niego. Ta filozoficzna wiedza o naturze czasu, która objawiła się Hansowi poprzez twórczą stymulację umysłu przez jego nauczyciela, była wstępem do jego wszechstronnej duchowej edukacji, jaka tu, na górze, przypadła mu w udziale. Settembrini był dla bohatera symbolem świadomości i taką też spełniał rolę w jego życiu. Ale Hans Castorp miał przeżyć również doświadczenie wstrząsające, miał spotkać się z potęgą zapisaną w jego najgłębszych snach, mieszkającą w najpierwotniejszej strukturze jego umysłu, gdzie przechowuje się obraz jungowskiej animy, praenergii żeńskiej, siły duchowej strącającej w miłość lub śmierć.

Kławdia Chauchat;

640px-Alexandre_Cabanel_-_EchoDzika i nieokrzesana, o wydatnych kościach policzkowych i zwężonych oczach, niedbała i swawolna, nonszalancka i przeraźliwie wolna. Rosjanka o francuskim nazwisku, pani Chauchat, Hansowi krew odpływa z twarzy, oczy barwy dalekich gór, topniejące i ciemniejące „aż do mrocznych tonów nocy”, nieuchronność przeznaczenia przejmującego lękiem. Od tej pory kontekst pani Chauchat – wzruszenie, oczekiwanie, spełnienie, rozczarowanie, kontekst ten uważa za prawdziwy sens życia tutaj. Poprzez nią objawia się głębia i tajemnica bytu. Powstaje między nimi niekończąca się gra napięć i odprężeń. Z miłości do niej Hans nabywa podręczniki z zakresu anatomii, fizjologii i biologii, w których szuka z upojeniem tajemnicy życia i piękna, w ciele mających swój początek i objawienie. Czuje, że czający się cień przemijania i śmierci, cień nieuchronnej zagłady, daje taki blask ciału ludzkiemu i taki sens upajający życiu. „Życie jest gorączką materii towarzyszącą procesowi bezustannego rozkładu i odradzania się drobin białka. Chwieje się między bytem i niebytem.” Jest czymś pośrednim między materią i duchem, jest formą obudzoną przez gnijącą i trwającą materię. Cielesność pani Chauchat jest triumfem metafizycznego piękna, ta cielesność „z tajemniczą harmonią swych członków, odżywianych przez krew, oplecionych rozgałęzieniem nerwów, żył i tętnic, przepojonych limfą”…Ciało to złożone z wielu narządów i układów jest samoorganizującym się bytem kosmicznym, z wewnętrzną siecią wzajemnych zależności. Tatarska fizjonomia Kławdii Chauchat, biel obnażonego łokcia, pajęcza siatka niebieskawych naczyń krwionośnych, prześwitująca przez skórę, to wersy mistycznego hymnu wyrytego w duszy Hansa Castorpa na cześć kobiecego piękna i swojej doń miłości. Tylko pierwiastek archetypiczny może wzbudzać tak żarliwą namiętność w umyśle człowieka, jest to w istocie namiętność do siebie, do własnego obrazu wewnętrznego, miłość bowiem rozpoznaje to, co do niej należy, wydobywa ze świata własne lustrzane odbicia i łączy w symbiotyczne związki. „Boś ty jest owym Ty mojego życia, moim snem, moim przeznaczeniem, moją nigdy niesytą żądzą.” Podczas karnawałowej nocy Walpurgi, gdy ludzie – cienie wkładają maski i stroje pierrotów, żebraczek, arlekinów i wielkich dam, tańcząc swój upiorny danse macabre, Hans Castorp, książę maskarady, wyznaje miłość Kławdii Chauchat. Opasuje ją słowami, przecina jej skórę, wchodzi do wnętrza ciała, w wielkie konary naczyń i nerwów, do żeber ułożonych parami, do torebki stawowej. „Pozwól mi wchłaniać twój zapach skóry pod kolanami.” Ten cud miłości i bliskości rozgrywa się w oddechu przyczajonej śmierci.

Między chorobą i zdrowiem;

Akcja powieści rozgrywa się w przestrzeni mitycznej, w której dużą rolę odgrywają symboliczne postaci i sytuacje. Pierwotne siły kosmiczne odgrywają mistyczny spektakl przed oczami chłonnego wiedzy Castorpa i przygotowują go do alchemicznego przeobrażenia. Dzięki Settembriniemu bohater poznaje jego interlokutora, jezuitę Naphtę, który jest skrajnym przeciwieństwem humanisty. W ten sposób Castorp – uczestnicząc w ich zaciekłych dyskusjach – dostaje się we władanie demonicznych sił, pragnących zagarnąć duszę niedoświadczonego młodzieńca i wywrzeć na nią swój dominujący wpływ. Naphta jest zwolennikiem ostrego dualizmu świata, skrajnego przeciwieństwa pomiędzy duchem i materią, jak również przekonania o fatalistycznej koncepcji dziejów. Wyznaje średniowieczne poglądy o powrocie Państwa Bożego na ziemi i znaczenia wiary jako narzędzia poznania. Wróg intelektu, postępu i indywidualizmu człowieka. Przekonuje o wyższości choroby nad zdrowiem i śmierci nad życiem. Roztacza wizje mistycyzmu śmierci i gardzi filisterskim dążeniem do zdrowia jako mieszczańskim uwielbieniem ciała. Tylko w chorobie człowieka leży jego godność i dostojeństwo, gdyż z niej człowiek czerpie metafizyczną wiedzę o istnieniu. Settembrini przeciwstawia mu afirmację zdrowia, działania, rozumu i godności człowieka przekonanego o swojej potędze.
Obaj interlokutorzy reprezentują w powieści ukryte w nurcie kultury europejskiej przeciwstawne systemy intelektualne, które przez wieki tworzyły literaturę i sztukę europejską oraz formowały właściwości poszczególnych epok. Irracjonalizm, mistycyzm, duchowość i religijność średniowiecza, baroku, romantyzmu obok racjonalizmu, kultu wiedzy naukowej, klasycznej formy jako ideału piękna oraz zainteresowania aktywnością i działaniem człowieka w swoim doczesnym życiu, co objawiało się w renesansie, oświeceniu, pozytywizmie.  Tutaj, w bliskości choroby i śmierci, dyskurs pomiędzy przeciwnikami jest w istocie tworzeniem opozycji między chorobą i zdrowiem, życiem i śmiercią. Jedno przeciw drugiemu – ta antyteza rozszczepia istnienie i tworzy dualizm świata oraz chaotyczną wizję niespójnej rzeczywistości.   Castorp czuje, że wiedzie go to na bezdroża.
152473_zima_gory_promienie_sloncaWalka o jego duszę, swoista psychomachia pomiędzy odmiennymi siłami, prowadzi Castorpa do szczególnego doświadczenia, podczas którego doznaje iluminacji. Dzieje się to w górach, dokąd bohater wybrał się na samotną wędrówkę, która okaże się wyprawą w głąb jego duszy. Bezwzględna cisza górska, ta pracisza, która budzi religijny lęk i głęboka samotność Castorpa stanowiły tło dla jego metafizycznego przeżycia. Oślepiająca biel śniegu jak mistyczna próżnia i te płatki, czarodziejstwo sześciobocznej, lodowato regularnej symetrii, niepojętego cudu natury. Ale za chwilę niebo pociemniało i na świat szykowały się żywioły, które metafizycznie korespondowały z wewnętrznym szaleństwem Castorpa i oto już rozpętała się burza śnieżna, a on w samym środku żywiołu, lodowatego zimna i śmiertelnego niebezpieczeństwa zabłądził. Szukał z przerażeniem drogi i krążył daremnie, czując jak zmęczenie i podniecenie łączą się ze sobą, ścierają i walczą o jego duszę. Jak Naphta i Settembrini. Zlodowaciały, odczuwał pragnienie poddania się słodkiej śmierci, przemożna chęć snu to jej pokusa, jednak walczył, ale przypominało to poruszanie się w koszmarnym śnie. Nadchodzą halucynacje – błękitne i fioletowe, w których „wszystko w czarodziejski sposób roztapiało się, przekształcało i rozwijało wciąż na nowo.” Potem w sennej wizji Castorp widzi słoneczną i szczęśliwą ludzkość, a nieopodal piękne posągi i świątynie z kolumnami. Tuż obok jednak plugawa czarownica pożera dziecko. Poczucie błogości i zachwytu przeplata się z przerażeniem. Sny czerpie się nie tylko z zasobów własnej duszy, ale i ze zbiorowej nieświadomości. „Wielka dusza, której jesteś cząstką, śni przez ciebie i na swój sposób.” Castorp siłą woli wraca do życia, afirmacja zwycięża nad negacją, sen zaś przekazał mu ważne przesłanie, że szczęście wynika z cierpienia, z jego przezwyciężenia, że jest ono jednak w głębi i można na nim budować życie. Wszelkie natomiast zainteresowanie chorobą i śmiercią jest wyrazem zainteresowania życiem. I tylko wtedy oba aspekty istnienia łączą się w nierozerwalny splot konieczności. Jeżeli natomiast ubóstwia się śmierć i sławi chorobę, to człowiek zbliża się do upadku. Nie należy również w imię życia zaprzeczać śmierci, oddawszy jej szacunek, akceptując jej obecność, trzeba kochać życie, bo tylko miłość sprzeciwia się śmierci. Tak długo, jak ona trwa, śmierć trzyma się z daleka. A kochać trzeba  poprzez śmierć, mimo śmierci, obok śmierci, ale w jej przezwyciężeniu. Mistyczne doświadczenie Castorpa przywiodło go do miłości.

Alchemia;

Witch's kitchenAlchemia polega na oczyszczaniu, przekształcaniu i uszlachetnianiu materii. Symbolem alchemicznej przemiany jest grobowiec, miejsce rozkładu i śmierci. W misteriach eleuzyjskich droga oczyszczenia wiodła właśnie przez grobowiec jako kolebkę umierania i odradzania się. W powieści jest o tym mowa przy okazji informacji o masonerii, do której należy Settembrini, i jej rytuałach wtajemniczenia. Punktem zwrotnym w losach Castorpa jest pojawienie się w sanatorium ekscentrycznego i charyzmatycznego towarzysza Kławdii Chauchat – Mynheera Peeperkorna. To jego samobójcza śmierć od trucizny stanie się granicą, za którą czai się alchemiczna przemiana. Peeperkorn jest ucieleśnieniem sfery popędów i pierwotnych uczuć. Jego dionizyjska żywiołowość, ostra, ekspresyjna mimika i gestykulacja, czar władczej osobowości hipnotyzują ludzi, którzy zniewoleni ulegają wszystkim fanaberiom Peeperkorna. To kolejna siła mityczna oddziałująca na Castorpa, ale jest to postać groteskowa, znacznie przerysowana, bo tak się objawia jej schyłkowość.  Dwie antagonistyczne idee intelektualne, rozdzierające świat na nieprzystające części, zostały poprzez potężną uczuciowość nowego bohatera wprowadzone w trójkąt mistyczny, skazany na śmierć. Uczucie, zdaniem Peeperkorna,  jest boskie, gdyż człowiek jest uczuciem Boga. „Człowiek nie jest niczym innym jak tylko organem, za pomocą którego Bóg poślubia obudzone i pijane namiętnością życie”. Moc rozpasanych żywiołów, którą symbolizuje ów mityczny Bachus, przeciwstawia się intelektualnym, ale jałowym i absurdalnym potyczkom Naphty i Settembriniego, kompensując je uczuciem jako pierwotną siłą natury, znacznie potężniejszą niż dialektyczne spory. Okazuje się jednak, że w świecie naznaczonym śmiercią to uczucie, doprowadzone do zwyrodnienia, okazało się trucizną samo dla siebie. W chorym świecie kultury europejskiej wszystkie dotychczasowe potęgi duchowe są trujące i obracają się przeciwko sobie. Wszystko bowiem w naturze jest jednocześnie życiem i śmiercią, lekiem lub trucizną, w zależności od dynamiki przemian.  Świat jest skazany na zagładę, gdyż jest zatruty i wyczerpany schyłkowością jego idei.   Hans Castorp od tej pory zmierza do przekształcenia samego siebie w kontekście śmierci i choroby. Chce ocalić siebie dla życia. Podczas słuchania muzyki, której duchowy czar polegał na muzycznej transpozycji cierpienia kochanków, doznał kolejnego już olśnienia. Zrozumiał, że poprzez sztukę przeżywa się katharsis i wstępuje na wyższy poziom poznania w wiecznej przemianie dusz. Muzyka przezwycięża śmierć i cierpienie, tak jak on pragnął przezwyciężyć swoją miłość do choroby i śmierci. Fascynowała go bowiem śmierć od zawsze, od utraty rodziców, od śmierci ukochanego dziadka, dlatego przyciągały go miejsca naznaczone chorobą, dlatego kochał swój sen o miłości do chorej Kławdii, gdyż była to miłość do własnego pierwiastka śmierci. Jego choroba była chorobą umysłu i pojawiła się na życzenie.
W ostatniej symbolicznej scenie, podczas seansu spirytystycznego, kiedy zostaje wywołany duch zmarłego kuzyna Joachima, do którego Castorp przyjechał dawno temu, bohater wstaje i zdecydowanym ruchem zapala światło, oświetlając mroki śmiertelne  i przywracając życie w miejsce mrocznej fascynacji. Mija właśnie siedem lat, odkąd tu jest, jest to czas mityczny, siódemka jest bowiem magiczną liczbą pełni, harmonii i skończonego cyklu. Castorp wyzwolił się z czaru śmierci i choroby i wraca na niziny, gdzie właśnie wybuchła wojna światowa. Jest to bunt materii i ciemnych instynktów przeciwko ostremu podziałowi świata na antagonistyczne dziedziny, które nie mają połączenia. Wrząca, podskórna lawa świata, erupcja podziemnych sił. Chora duchowość Europy, jej rozkład i upadek wyzwalają siły zniszczenia, aby świat mógł się odrodzić. Czarodziejska góra  w powieści ze swoją odizolowaną, chorą społecznością stała się przestrzenią poznania dla bohatera i magicznym spektaklem prawdy o świecie, dzięki któremu młody człowiek miał szansę na przemianę osobowości i przezwyciężenie duchowego rozkładu dla lepszej przyszłości i dla triumfu życia. Czy z jego snu o miłości wyrośnie teraz miłość?

Udostępnij na:
Wpis dodany w dziale: Literatura piękna. Tagi: , , , , . Link bezpośredni: KLIK.

9 komentarz do wpisu: Alchemia i miłość. Tomasz Mann: „Czarodziejska góra”

  1. Hanna pisze:

    Najszczersze podziękowania – odkrycie czytelnicze bardzo dojmujące!

  2. sdfghj pisze:

    Boże, jak to jest pięknie napisane.

    • Ewa W. pisze:

      Serdecznie dziękuję. Jestem wzruszona tak spontanicznym komentarzem, krótkim, lecz w uczucie bogatym. Pozdrawiam pogodnie. Ewa W.

  3. Jarek pisze:

    Moja ulubiona książka, w środku dzisiejszego hotelu Schatzalp ma się czasami wrażenie, że trwa właśnie werandowanie , albo zza rogu wyłoni się doktor Krokowski, a patrząc na salę zastanawiamy się przy których okrągłych stołach siedzieli goście.
    Polecam dla osób, które nie mogą osobiście poczuć atmosfery Berghofu poleca webcam na stronie .I dziękuję za wnikliwą i merytoryczną recenzję .

    • Ewa Wodniak pisze:

      Ślicznie opisany czar powieści poprzez odniesienie do rzeczywistego miejsca. Czuje się tęsknotę i wyobraźnię – bardzo dziękuję. Pięknie pozdrawiam. Ewa W.

  4. undula pisze:

    Długo nie mogłam znaleźć klucza do właściwego rozumienia postaci Peeperkorna – wiedziałam, co uosabia, ale nie potrafiłam znaleźć dla niego miejsca w tym wszystkim. Bardzo dziękuję za ten tekst, pozwolił mi sobie to uporządkować

  5. Roman pisze:

    Ależ ja jestem dzielny! Ależ nieustępliwy! Jaki zmotywowany! Jestem jednak przede wszystkim pełen podziwu dla samego siebie, bo kiedy w pewnym momencie, po wielodniowych trudach i znojach, przekroczyłem dwusetną (czyli ćwiartkę całości) stronę „Czarodziejskiej góry”, byłem zrezygnowany. Trudno zliczyć, ile razy zasnąłem przy lekturze, poważnie. Mann najwyraźniej postawił sobie za zadanie zanudzić mnie na śmierć. Każdy rozsądny człowiek szanujący swój czas i wzrok odstąpiłby w takiej sytuacji od dalszych prób czytania, bo przecież miała to być przyjemność, a tymczasem im dalej w treść „Czarodziejskiej góry”, tym zagrożenie śpiączką bądź pęknięciem twarzy od ziewania było większe. Ale tak! Ukończyłem! Dobrnąłem do ostatniej strony, zdruzgotany mentalnie, z nieco pogłębionymi od fatygi zakolami, ale za to wyspany na zapas. Czy zyskałem coś jeszcze? Tak, mam niniejszym możliwość podzielenia się publicznie opinią na temat tytułu powieści, który został przez kogoś wyjątkowego określony jako „ładny”. Nie mam zamiaru dyskutować z tym bezapelacyjnym werdyktem. Od siebie dodam jedynie, iż w oryginale prezentuje się równie atrakcyjnie („Der Zauberberg”), co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że język niemiecki brzmi zazwyczaj jak garść kamieni wrzucona do blaszanego wiadra.

    Że co? Że nie tego rodzaju opinii oczekiwaliście? Że kogo interesuje tytuł? Trudno, dla mnie było to na tyle ważne, że doczołgałem się do końca lektury, więc trochę wyrozumiałości, proszę. Skoro jednak już tutaj jestem, to nieco się poznęcam nad „Czarodziejską górą”, popisując się jednocześnie swoją ignorancją i niedojrzałością.

    Do uzdrowiska Berghof, ulokowanego gdzieś na szczytach szwajcarskich Alp, przybywamy wraz z Hansem Castorpem, młodym Niemcem, który postanowił odwiedzić swojego kuzyna. Pobyt wstępnie zaplanowany na trzy tygodnie wskutek pewnych dolegliwości zdrowotnych Castorpa rozciąga się dramatycznie w czasie, tygodnie przechodzą w miesiące, a miesiące w lata (niewiele brakowało, by bliźniaczo rozrósł się mój czas przeznaczony na lekturę książki). „Czarodziejska góra” to właśnie zapis tych lat, w przeciągu których niewiele się, na dobrą sprawę, wydarzyło. I tak, zdaję sobie sprawę, że gdzieś tam między wierszami kryje się głęboki przekaz, że kolejni bohaterowie reprezentują nie tylko siebie indywidualnie, ale i swoją nację, filozofię grupy (czy to religijnej, czy politycznej), do której należą, a ich wzajemne utarczki ukazują narastające międzynarodowe konflikty. Tylko co z tego, skoro to wszystko przedstawione jest na tyle elektryzująco, że proszę się położyć i zasnąć. I słowo harcerza, którym nigdy nie byłem, że próbowałem wejść w lekturę, na różne sposoby, ale zawsze na drodze stawał Mann ze swoim zagłuszającym emocje wodospadem nudy. Stawiam garść orzechów, że sam wielokrotnie zasypiał podczas pisania. Jak bum cyk cyk.

    Wspomniane uzdrowisko, choć pełne rozmaitych (mniej lub bardziej udanych) osobowości, narzuca mieszkańcom jednostajny tryb życia. Codzienność przygnębia regularnością i brakiem miejsca na spontaniczne zrywy. Sami kuracjusze również nie zaskakują oryginalnością i kompletnie nie przekonuje mnie argument, że to zamierzony zabieg. Przewidywalność ich zachowań i sztampowość charakterów jedynie potęguje w czytelniku poczucie senności (te rozległe tyrady Settembrini kontra Nephta), a już wszelkie rekordy bije sam Hans Castorp, ucieleśnienie ciepłej kluski i wymoczka, bohater tak przeciętny, że czytelnik ma ochotę zgnieść kilka kartek i je zjeść. I tak jak wyżej – nie interesuje mnie, na ile celowo Mann w centrum wydarzeń umieścił tę łajzę, skoro po prostu beznadziejnie się czyta o jego dylematach.

    „Czarodziejska góra” to powieść szczegółowa, senna i przygnębiająca. Podobno wymaga odpowiedniego podejścia, wytworzenia wokół siebie atmosfery i sprzyjających okoliczności. No nie wiem, chyba trzeba wpaść w depresję. Przyznaję jednak, że powieść ma w sobie coś hipnotyzującego; ale nie na tyle, by mnie zauroczyć. Nieregularnie płynący, poszarpany czas (jego definicja stale powraca w lekturze), schorowani ludzie, w większości skazani na śmierć (co sprawia, że tematyka słusznie kojarzy się z „Oddziałem chorych na raka”) – a pośród nich iskrzy jakaś nieuchwytna magia. Mnie nie udało się wejść w jej aurę na dłużej, ale może Tobie się uda, choć nie na moją odpowiedzialność.

    Co się natomiast Mannowi powiodło, to kreacja… wątku miłosnego. Zanim lekceważąco prychniesz, wiedz, że niejaka Madame Chauchat to bodaj jedyna postać, która ma w sobie intrygujący i przyciągający uwagę czytelnika pierwiastek. Nonszalancka, nieco niechlujna (obgryza paznokcie – jak bardzo to seksowne?), ale jednocześnie głęboko przekonana o sile swojej kobiecej atrakcyjności. Muszę tutaj na chwilę oddać honor Castorpowi, bo miłość, którą bohater darzy Madame Chauchat, jest przyjemnie subtelna i niepozorna, ale czuć w niej bezwarunkowe zaangażowanie. Hans rumieni się na widok zarysu jej kolana pod spódnicą, prawie mdleje, gdy ona delikatnie potrąca go podczas mijania się w drzwiach, hipnotyzuje go widok jej szyi, a jej nagie ramiona najprawdopodobniej wywołują u niego niekontrolowany wzwód, choć autor o tym nie wspomina. Prawdziwie średniowiecznie romantyczna postawa, obecnie na wyginięciu, choć podobno rycerze nadal istnieją, trzeba ich tylko poprosić, by nimi byli. Łatwo jednak przewidzieć, że nic wielkiego z tego uczucia nie wyniknie, bo kto by chciał być z takim plackiem, jak nasz Hans (a może jednak?). Mimo wszystko powieści należy się jeden z nielicznych plusów za ten wątek, choć autor mógł Madame Chauchat wymyślić nieco atrakcyjniejsze imię. Kławdia? Naprawdę?

    Zgodzę się, że „Czarodziejska góra” jest zapewne głębsza (wyższa?), niż ja zdołałem dostrzec. Zgodzę się, że być może nie zrozumiałem jej pełnego przekazu, że być może nie dorosłem do tego rodzaju lektury. Zgodzę się, że dla kogoś to może być najważniejsza książka w życiu, istne mistyczne przeżycie, bo na dobrą sprawę każda powieść, nawet najbardziej nieudana, ma taki potencjał – nie mnie oceniać gust literacki innych. Z pokorą przyjmę każdą krytykę i każde pouczenie, może nawet spojrzę na wszystko pod innym kątem. Ale nikt i nic nie zmusi mnie do ponownej lektury „Czarodziejskiej góry”. To wymagałoby ode mnie poświęcenia, na które najzwyczajniej mnie nie stać. Udana Kławdia (cha, cha) Chauchat, atrakcyjnie wypadające (na tle całości) ostatnie rozdziały i, przede wszystkim, ŁADNY tytuł to za mało w obliczu morza przeciętności i pustyni nudy

  6. Basia pisze:

    Już myślałam, że to ja mam jakiś problem ze skupieniem uwagi. Niestety wszystko co pisze Roman jest również moim odczuciem. Tylko chwilami Settembrini skupił moją uwagę. Mam kilka nieprzeczytanych „wielkich” tytułów i „Czarodziejska góra” była jednym z nich, myślałam, że coś straciłam a okazuje się, że kiedyś zyskałam więcej czasu na ciekawsze lektury. Roman gratuluję lekkiego pióra i zdrowego rozsądku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *